niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 2 Miasto Kości

2

Sekrety i kłamstwa


Ciemny książę siedział na czarnym rumaku, za nim powiewała sobolowa peleryna. Złoty diadem spinał jego złote loki, przystojna twarz była ogarnięta szałem bitwy, a …
              -A jego ręka wygląda jak bakłażan – mruknęła ze złością Clary.
              Rysunek po prostu jej nie wychodził. Z westchnieniem wydarła kolejną kartkę ze szkicownika, zmięła ją i cisnęła w pomarańczową ścianę sypialni. Podłoga już była zasłana kulkami papieru – wyraźny znak że twórcze soki nie płyną w niej tak, jak by sobie życzyła. Po raz tysięczny żałowała, że nie jest taka jak matka. Wszystko co Jocelyn rysowała , malowała albo szkicowała, zawsze było piękne i najwyraźniej osiągnięte bez wysiłku.
              Clary zdjęła słuchawki , przerywając w połowie piosenkę Stepping Razor, i pomasowała bolące skronie. Dopiero wtedy usłyszała głośny, przenikliwy dźwięk telefony rozbrzmiewający w całym mieszkaniu. Rzuciła szkicownik na łóżko i pobiegła do salonu, gdzie na stoliku przy drzwiach stał czerwony aparat w stylu retro.
              -Czy to Clarissa Fray? – Głos po drugiej stronie linii brzmiał znajomo, ale nie odrazy go rozpoznała.
              Clary nerwowo zaczęła nawijać kabel na palec.
              -Taaak?
              -Cześć, jestem jednym z tych chuliganów z nożami, których spotkałaś zeszłej nocy w Pandemonium. Obawiam się, że zrobiłem na tobie złe wrażenie, i mam nadzieję, że dasz mi szansę, żeby to naprawić…
              -Simon! – Clary odsunęła słuchawkę od ucha, kiedy przyjaciel wybuchnął śmiechem. – To wcale nie jest zabawne!
              - Oczywiście, że jest. Po prostu tego nie dostrzegasz.
              -Głupek. – Clary z westchnieniem oparła się o ścianę. – Nie śmiałbyś się, gdybyś tu był, kiedy wczoraj wróciłam.
              -Dlaczego?
              -Moja mama. Niebyła zadowolona, że wróciliśmy tak późno. Wkurzyła się. Było nieprzyjemnie.
              - A czy to nasza wina, że był taki ruch! – Zaprotestował Simon. Jako najmłodszy z trójki dzieci czujnie reagował na wszelką rodzinną niesprawiedliwość.
              -Tak jasne, ale ona nie widzi tego w taki sposób. Rozczarowałam ją , zawiodłam, sprawiłam, że się niepokoiła, bla, bla, bla. Jestem zmorą jej życia. – Z lekkimi wyrzutami sumienia Clary naśladowała sposób mówienia matki.
              -Więc masz szlaban? – domyślił się Simon.
              Mówił dość głośno. Clary słyszała w tle gwar głosów, kilka przekrzykujących się osób. Skrzywiła się, słysząc donośny brzęk talerzy.
              -Jeszcze nie wiem. Mama i Luke wyszki rano. Jeszcze nie wróciła. A tak przy okazji , gdzie jesteś? U Erica?
              -Tak. Właśnie skończyliśmy ćwiczyć. Eric czyta dzisiaj swoją poezję w Java Jones. – Simon mówił o kawiarni niedaleko mieszkania Clary, w której nieraz wieczorami grano żywą muzykę. – Cały zespół idzie , żeby dać mu wsparcie. Przyjdziesz?
              -Jasne. – Clary się zawahała, szarpiąc nerwowo kabel telefonu. – Zaczekaj. Jednaj nie.
              - Zamknijcie się, chłopaki , dobra?! – wrzasnął Simon. Sądząc po tym jak słabo go słyszała, Clary domyśliła się, że trzyma słuchawkę z dala od ust. Chwilę później spytał zaniepokojonym tonem: - To miało znaczyć : tak czy nie ?
              - Niw wiem. – Clary przygryzła wargę. – Mama nadal jest na mnie zła za wczorajszą noc. Wolałabym nie wkurzać jej jeszcze bardziej, nawet prosząc o coś. Jeśli ma wpakować się w kłopoty, nie chcę , żeby to się stało z powodu gównianych wierszy Erica.
              - Daj spokój, nie są takie złe. – Eric był najbliższym sąsiadem Simona, znali się od dziecka. Nie przyjaźnili się tak ze sobą jak Simon i Clary, ale w pierwszej klasie liceum stworzyli zespół rockowy z jeszcze dwoma kolegami, Mattem i Kirkiem, i co tydzień ćwiczyli w garażu rodziców Erica. – Poza tym, to nie jest znów taka wielka prośba. Chodzi o wieczór poetycki w kawiarni tuz za rogiem. Nie zapraszam cię przecież na żadną orgię w Hoboken. Twoja mama też może przyjść, jeśli chce.
              - Orgia w Hoboken!
              Po tym okrzyku , prawdopodobnie Erica, ogłuszająco zabrzęczały talerze. Clary wyobraziła sobie matkę słuchającą jego poezji i zadrżała w duchu.
              - Nie wiem. Jeśli wszyscy się tu zjawicie, nie będzie zachwycona.
              - Więc przyjdę po ciebie sam i z resztą spotkamy się już na miejscu. Twoja mama nie będzie miała nic przeciwko temu. Ona mnie kocha.
              Clary musiała się roześmiać.
              - To świadectwo jej wątpliwego gustu, jeśli pytasz mnie o zdanie.
              -Nikt cię nie pytał. – Simon rozłączył się wśród wrzasków swoich kumpli.
              Clary odwiesiła słuchawkę i rozejrzała się po salonie. Było w nim pełno dowodów artystycznych ciągot matki : od ręcznie robionych aksamitnych poduszek rozrzuconych po ciemnoczerwonej sofie po ściany obwieszone obrazami w ramach , głównie pejzażami , które przedstawiały kręte ulice śródmieścia Manhattanu oświetlone złotym światłem , zimowe sceny z Prospect Park, szare sadzawki pokryte koronkową warstwą białego lodu.
              Na półce nad kominkiem stało zdjęcie ojca Clary oprawione w ramki. Zamyślonego jasnowłosego mężczyzny w wojskowym mundurze, z widocznymi śladami zmarszczek mimicznych w kącikach oczu. Był żołnierzem służącym za granicą. Jocelyn trzymała kilka jego medali w małej szkatułce stojącej przy łóżku. To tym, jak Jonathan Clark wpadł samochodem na drzewo niedaleko Albany i zmarł jeszcze przed narodzinami córki , był dla Clary jedyną pamiątką po ojcu.
              Po jego śmierci Jocelyn wróciła do panieńskiego nazwiska. Nigdy nie mówiła o mężu, ale na nocnej szafce trzymał szkatułkę z wygrawerowanymi inicjałami J.C. Oprócz medali było w niej parę fotografii, obrączka ślubna i pojedynczy pukiel jasnych włosów. Czasami Jocelyn otwierała pudełko , bardzo delikatnie brała w rękę lok, trzymała go przez chwilę i chowała z powrotem.
              Chrobot klucza obracającego się w zamku drzwi wejściowych wyrwał Clary z zamyślenia. Pośpiesznie rzuciła się na sofę i udawała, że jest pogrążona w lekturze jednej z książek w miękkich, których stos matka zostawiła na stole.
              Jocelyn uważała czytanie za uświęcony sposób spędzania czasu i zwykle nie przerywała córce nawet po to, żeby na nią nakrzyczeć.
              Drzwi otworzył się z impetem i do mieszkania wszedł tyczkowaty mężczyzna obładowany wielkimi prostokątami tektury. Kiedy je rzucił na podłogę, Clary zobaczyła, że są to kartonowe pudła złożone na płasko. Luke wyprostował się i odwrócił do niej z uśmiechem.
              -Cześć, wuj… cześć, Luke – powiedziała Clary.
              Jakiś rok temu poprosił ją , żeby przestała mówić do niego wujku , bo czuje się przez t staro albo jak bohater Chaty wuja Toma. Poza tym przypomniał jej delikatnie, że nie jest jej krewnym , tylko bliskim przyjacielem matki, który zna ją od chwili narodzin.
              -Gdzie mama?
              -Parkuje samochód – odparł Luke, przeciągając się z westchnieniem. Był w swoim zwykłym stroju: starych dżinsach i flanelowej koszuli. Na nosie miał przekrzywione okulary w złotych oprawkach. – Przypomnij mi jeszcze raz, dlaczego w tym budynku nie ma windy?
              - Bo jest stary, ale ma duszę – odparła natychmiast Clary , na co Luke  zareagował szeroki uśmiechem. – Po co te pudła?
              Uśmiech znikł z twarzy Luke’a
              - Twoja matka chcę zapakować parę rzeczy – wyjaśnił unikając jej wzroku.              -Jakich rzeczy? – zainteresowała się Clary.
              Luke machną ręką.
              - Tych , które walają się po całym domu. Zawadzają. Wiesz , że ona nigdy niczego nie wyrzuca. Co robisz? Uczysz się? – Wyjął książkę z jej ręki i przeczytal na głos: - „ Świat nadal zaludniają owe pstre istoty, z których zrezygnowała bardziej trzeźw filozofia. We śnie i na jawie nadal okrążają go wróżki i chochliki, duchy i demony…” . – Opuścił książkę i spojrzał na Clary znad okularów. – To do szkoły?
              - Złota gałąź? Nie. Przecież jeszcze są wakacje. – Clary odebrała mu książkę. – To mojej mamy.
              - Tak czułem.
              Clary odłożyła książkę na stół.
              - Luke?
              - Hm? – Już zapomniał o książce i teraz grzebał w torbie z narzędziami stojącej przy kominku. – A, jest. Wyjął rolkę pomarańczowej taśmy i spojrzał na nią z wielką satysfakcją.
              -Co byś zrobił , gdybyś zobaczył coś, czego nikt inny nie widział?
              Taśma wypadła mu z ręki i uderzyła o kaflowy kominek. Luke uklękną , żeby ją podnieść . Nie patrzył na Clary.
              -Chodzi ci o to, że gdybym był jedynym świadkiem zbrodni , czy cos takiego?
              - Nie. Mam na myśli sytuację , kiedy wokół było pełno ludzi,a tylko ty coś zobaczyłeś. Jakby to było niewidzialne dla wszystkich oprócz ciebie.
              Luke się zawachał, nadal klęczał z rolką taśmy w ręce.
              - Wiem, że to brzmi wariacko, ale… - ciągnęła Clary nerwowym tonem.              Luke spojrzał na nią. Jego oczy były bardzo niebieskie za szkłami okularów.
              - Clary , jesteś artystką jak twoja matka , co oznacza, że widzisz świat inaczej niż przeciętni ludzie. To twój dar, dostrzegać piękno i grozę w zwyczajnych rzeczach. On nie czyni cie wariatką... Po prostu jesteś inna i nie ma w tym nic złego.
              Clary podciągnęła głowę i oparła brodę na kolanach. Oczami wyobraźni ujrzała magazyn, złoty bat Isabell, niebieskowłosego chłopca miotającego się w śmiertelnych drgawkach i płowe oczy Jace’a. Piękno i groza.
              -Myślisz, że gdyby żył mój tata, też byłby artystą?
              Luke wyglądał na zaskoczonego , ale zanim zdążył odpowiedzieć , drzwi się otworzyły i do pokoju weszła matka Clary, stukając obcasami na wypolerowanej drewnianej podłodze. Wręczyła przyjacielowi kluczyki do auta i spojrzała na córkę.
              Jocelyn Fray była szczupłą, drobną kobietą o rudych włosach, ciemniejszych o kilka odcienie od włosów Clary i dwa razy dłuższych. Teraz miała je zebrane w kok, przebity grafitową szpilką. Na lawendową bawełniana koszulę włożyła kombinezon poplamiony farbą , a do tego brązowe buty turystyczne o podeszwach umazanych farbą olejną.
              Ludzie zawsze mówili Clary, że wygląda zupełnie jak matka, ale one nie dostrzegała podobieństw. Tylko figury miały identyczne: obie szczupłe, o małych piersiach i wąskich biodrach. Clary wiedziała , że nie jest taka piękna jak Jocelyn. Żeby uchodzić za piękność, trzeba być smukłą i wysoką. Dziewczyna niska , mierząca niewiele ponad pięć stóp wzrostu , może co najwyżej liczyć na określenie ładna. Nie śliczna czy piękna, tylko ładna. A jeśli dorzucić do tego marchewkowe włosy i piegowatą twarz , jest jak Reggedy Ann przy lalce Barbie.
              Jocelyn miała wdzięczny nawet sposób chodzenia i na ulicy większość osób odwracało się , żeby na nią popatrzeć. Clary natomiast potykała się o własne stopy. Ludzie odwrócili się za nia tylko raz , kiedy przeleciała obok nich , spadając ze schodów.
              - Dziękuje , że wniosłeś pudła – powiedziała Jocelyn , uśmiechając się do przyjaciela . Kiedy Luke nie odwzajemnił uśmiechu żołądek Clary wykonał lekki podskok; najwyraźniej coś się działo. – Przepraszam , że tyle czasu zabrało mi znalezienie miejsca parkingowego. W parku jest chyba z milion ludzi…
              - Mamo? –przerwała jej córka.- Po co są te pudła?
              Jocelyn przygryzła wargę. Luke ponaglił ją , wskazując wzrokiem na Clary. Matka nerwowym ruchem odgarnęła pasmo włosów za ucho i usiadła obok niej na sofie.
              Z bliska Clary zobaczyła , jak bardzo matka jest zmęczona. Pod oczami miała wielkie sińce , wargi blade z niewyspania.
              - Chodzi o zeszłą noc? – zapytała Clary.
              -Nie – rzuciła Jocelyn pośpiesznie , ale po chwili wahania przyznała: - Może trochę. Nie powinnaś postępować tak jak wczoraj , sama wiesz.
              - Już przeprosiłam. O co Chodzi? Mam szlaban?
              - Nie masz szlabanu. – W głosie matki brzmiało wyraźne napięcie. Spojrzała na Luke’a, ale on pokręcił głową.
              - Powiedz jej , Jocelyn.
              - Możecie nie rozmawiać ze sobą tak , jakby mnie tu nie było? – rozgniewała się Clary. – Dowiem się wreszcie , o co chodzi? Co masz mi powiedzieć?
              Jocelyn westchnęła ciężko.
              - Jedziemy na wakacje.
              Twarz Luke’a była bez wyrazu , jak odbarwione płótno.
              -Więc w czym rzecz? – Clary pokręciła głową i oparła się o poduszkę. – Jedziecie na wakacje? Nie rozumiem , o co tyle zamieszania?
              - Rzeczywiście nie rozumiesz, Miałam na myśli , że jedziemy na wakacje wszyscy troje : ty, ja i Luke. Na farmę.
              - Aha. – Clary spojrzała na Luke’a , ale on wyglądał przez okno , z zaciśniętymi ustami i rękoma skrzyżowanymi na piersi. Ciekawe, co go tak zdenerwowało. Przeciez uwielbia starą farmę północnej częśći stanu Nowy Jork. Sam ją kupił , odremontował przed dziesięciu laty i jeździł tak kiedy tylko mógł. – Na jak długo?
              - Do końca lata – odparła Jocelyn. Przyniosłam pudła na wypadek, gdybyś chciała spakować jakieś książki , przybory do malowania…
              - Do końca lata? – Wzburzona Clary usiadła prosto. – Nie mogę mamo. Mam swoje plany. Ja i Simon postanowiliśmy wydać przyjęcie na powitanie szkoły, umówiłam się na spotkania ze swoją grupą artystyczną i zostało mi jeszcze dziesięć lekcji u Tisch
              - Przykro mi z powodu Tisch. A pozostałe rzeczy można odwołać. Simon zrozumie , twoja grupa też.
              Clary usłyszała ton nieustępliwy w głosie matki i zrozumiała , że mówi poważnie.
              -Ale ja zapłaciłam za te lekcje. Oszczędzałam przez cały rok! Sama obiecałaś. – Odwróciła się do Lukw’a. – Powiedz jej! Powiedz jej, że to jest niesprawiedliwe!
              Luke nie odwrócił się od okna , ale mięsień na jego policzku drgnął.
              - Ona jest twoją matką. To jej decyzja.
              -Nie przyjmuję takiego tłumaczenia. – Clary zwróciła się do matki: - Dlaczego?
              - Muszę się stąd wyrwać . – Kąciki ust Jocelyn drżały. – potrzebuje spokoju i ciszy, żeby malować. I z pieniędzmi ostatnio jest krucho…
              - Więc sprzedajmy trochę akcji taty – podsunęła gniewnym głosem Clary.- Zwykle tak robisz, prawda ?
              - To nie Fair – żachnęła się matka.
              - Posłuchaj, jeśli chcesz jechać, jedź. Ja tu zostanę. Mogę pracować w Starbucksie albo gdzie indziej. Simon mówił , ze tam zawsze przyjmują. Jestem wystarczająco dorosła , żeby zadbać o siebie…
              -Nie! – Ostry ton Jocelyn sprawił ,że Clary aż podskoczyła. _ Oddam ci pieniądze za lekcje rysunku , ale jedziesz z nami. Nie masz wyboru. Jesteś za młoda, żeby zostać sama. Mogło by ci się coś stać.
              - Na przykład co? Co mogłoby mi się stać ?
              W tym Momocie rozległ się trzask. Clary odwróciła się zaskoczona i zobaczyła, że Luke przewrócił jedno ze zdjęć oprawionych w ramki i opartych o ścianę. Wyraźnie zdenerwowany , odstawił je z powrotem na miejsce. Kiedy się wyprostował, usta miał zaciśnięte w wąską kreskę.
              - Wychodzę – rzucił krótko.
              Jocelyn przygryzła wargę.
              - Zaczekaj. – Dogoniła go w przedpokoju, kiedy sięgał do klamki.             
              Clary obróciła się na sofie i zaczęła podsłuchiwać:
              -… Bane. Dzwoniłam do niego wiele razy przez ostatnie trzy tygodnie. Wciąż odzywa się automatyczna sekretarka. Podobno jest w Tanzanii. Co mam zrobić?
              Luke pokręcił głową.
              - Jocelyn , nie możesz wiecznie się do niego zwracać.             
              - Ale Clary
              - To nie Jonathan – syknął Luke. – Nie jesteś sobą, odkąd to się stało, ale Clary to nie Jonathan.
              Co ma z tym wspólnego mój ojciec? – pomyślała ze zdziwieniem Clary.
              -Przecież nie mogę trzymać jej w domu i nigdzie nie wypuszczać. Ona się z tym nigdy nie pogodzi.
              - Oczywiście , że nie! – Luke był naprawdę rozgniewany. – Nie jest domowym zwierzątkiem, tylko nastolatką. Prawie dorosłą.
              - Gdybyśmy wyjechały z miasta …
              - Powiedz jej , Jocelyn...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz